Nad Zatoką Białego Niedźwiedzia na wyspie Spitsbergen od 1957 roku działa Stacja Polarna Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. To najdalej wysunięta na północ polska placówka naukowa prowadząca działalność całoroczną. Jej funkcjonowanie wymaga stałego zestawu zadań i określonych ról, a chociaż rotacja odbywa się co roku, to pewne rzeczy się nie zmieniają – ktoś musi opiekować się całym stacyjnym IT. Zrekrutowany na 48. Wyprawę Polarną informatyk, znalazł ofertę na theprotocol.it
Jak wygląda onboarding pracowniczy na Spitsbergenie?
Krzesimir: Kierownik nowej wyprawy przyjeżdża wcześniej, żeby przejąć obowiązki i całe mienie Stacji, za które odpowiada. Później przyjeżdża cała ekipa, która ma czas na to, żeby sobie przekazać stanowiska i zapoznać z miejscem.
Łukasz: Jestem tu od czerwca 2025 do połowy czerwca 2026 roku. Moment, w którym przyjeżdża nowa załoga na podmianę, to jest moment, kiedy jesteśmy na Stacji w składzie dwóch zespołów jednocześnie i mamy nieco czasu, żeby się wymienić wiedzą. To jest ten czas, w którym następca może dowiedzieć się, gdzie znajdują się poszczególne elementy infrastruktury IT. I nie wyobrażam sobie przekazania funkcji informatyka w inny sposób – musimy się zobaczyć choć na chwilę na żywo. Jest to też zupełnie naturalne, ponieważ ta wyprawa, która przyjeżdża na miejsce poprzedniej, wykonuje cały rozładunek swoich bagaży i sprzętu, a poprzednicy w tym pomagają. To sporo roboty i trzeba to zrobić w określonym czasie – nie mamy tu portu, a statek kotwiczy około 500–1500 metrów od brzegu, więc rozładunek odbywa się drogą morską. A ponieważ istnieje ryzyko, że ładunki wpadną do wody, to standardową metodą na pakowanie bagaży jest umieszczanie ich w 120-litrowych beczkach, takich jak na ogórki kiszone. Więc na samo przekazanie wiedzy merytorycznej zostaje około trzech dni.
A jak się przygotowujecie wcześniej do funkcjonowania na miejscu? I zawodowo – czy jest jakaś forma manuala dla informatyka, z dostępem do niezbędnej wiedzy?
Krzesimir: Przygotowania do wyprawy zaczynają się kilka miesięcy przed samą wyprawą i są zaplanowane na kilka spotkań i szkoleń. Szkolenia są różne, zarówno tzw. stanowiskowe, jak i ogólne, przygotowujące do adaptowania się do klimatu i funkcjonowania podczas wyprawy. Do tego każde stanowisko ma swoje własne szkolenie, które odbywa się wcześniej, przed przyjazdem. Czyli Łukasz, jako przyszły informatyk, będąc na miejscu w Instytucie Geofizyki PAN, miał możliwość porozmawiania z informatykami Instytutu, którzy przekazali mu podstawowe informacje.
Łukasz: Od początku wiedziałem, że oprócz wiedzy, którą zapewni mi Instytut, potrzebuję być w kontakcie z będącym na aktualnej wyprawie informatykiem. W końcu to on ma wiedzę z pierwszej ręki, jak wygląda ta praca. Dlatego miesiąc wcześniej, podczas szkolenia górskiego, dostałem namiary i byliśmy na łączach przed moją wyprawą, a później także po jego wyjeździe. Poza tym na Stacji jest aktualizowana dokumentacja, z której można korzystać – to taka baza wiedzy na wzór Wikipedii. Wpisane są tam dane urządzeń, łącza internetowe, dużo przydatnych informacji. Oczywiście następca otrzymuje też dostęp do głównego menadżera haseł.
Jak się przygotowują do rocznego, wspólnego życia ludzie, którzy się wcześniej nie znali?
Krzesimir: Pierwsze spotkanie organizacyjne odbywa się w marcu, podpisujemy wtedy list intencyjny, w którym zobowiązujemy się do wyprawy. Przymierzamy odzież specjalistyczną, którą Instytut nam zapewnia i odbywamy szkolenie z behawiorystyki niedźwiedzi. Kolejny etap to zimowe szkolenie w górach – cała ekipa zimowników jedzie razem na 5 dni do Zakopanego nad Morskie Oko i mieszka razem w schronisku. Na koniec, tuż przed wyprawą, w maju odbywamy wspólnie serię szkoleń w instytucie: szkolenie psychologiczne, strzeleckie, wodne i medyczne. Mamy więc okazję, żeby się trochę poznać jako grupka znajomych, która zna się kilka dni i potem musi funkcjonować jak rodzina. Ale to, czy będzie nam się dobrze współpracować, okazuje się dopiero na miejscu.
Łukasz, jaka była Twoja specjalizacja zawodowa, zanim postanowiłeś zostać informatykiem w Arktyce?
Łukasz: Przed tym, kiedy zostałem informatykiem w Arktyce, byłem… informatykiem 😉 Przez ostatnie 10 lat byłem administratorem sieci i systemów, więc pracowałem w zawodzie już od dawna. Dlatego nie jest mi tu jakoś trudno – moje dotychczasowe doświadczenie znacznie ułatwia mi mierzenie się z tutejszymi wyzwaniami.
A decyzja o tym, żeby przyjechać była związana z jakąś potrzebą zmiany otoczenia? Brakowało Wam doświadczeń? Albo bardzo chcieliście zmarznąć i w Polsce było za ciepło?
Łukasz: Ze zmarznięciem to mi się nie udało, bo temperatury mamy często wyższe niż te, które tej zimy panują w Polsce. Wczoraj [poł. stycznia] były tu plus cztery stopnie.
Krzesimir: W tym roku to Arktyka przyjechała od nas do was – minus 15 stopni, dużo śniegu i gigantyczna zorza. Nie ma po co wyjeżdżać do Arktyki, skoro wspaniałe warunki są w całej Polsce, a u nas wszystko topnieje tak, że nawet na nartach nie możemy jeździć. Z drugiej strony nie mamy tu smogu. Czyli jednak są zalety 😉 A serio – kiedy jest bezchmurne niebo, widzimy o wiele więcej gwiazd niż w Polsce. Jest tu cicho, dziko, spokojnie – ma to wielki urok. I takiej dziczy i przestrzeni w Polsce rzeczywiście nie ma.
Łukasz: Jeśli chodzi o motywację, to tak naprawdę była to chęć przeżycia przygody. Dla mnie to jest niesamowite doświadczenie i doceniam fakt, że mało komu się ono w życiu zdarza. Decyzja o aplikowaniu zbiegła się także z tym, że w momencie prowadzonej przez Instytut Geofizyki PAN rekrutacji, akurat odchodziłem z poprzedniej pracy. Właściwie przypadkiem natknąłem się na ogłoszenie na stanowisko informatyka na Stacji. Wszystko potoczyło się spontanicznie. Cieszę się, że mi się udało, że przeszedłem rekrutację i jest tu na miejscu tak, jak się spodziewałem – po prostu fajnie. Poza tym pół roku pobytu zleciało ekspresowo. I obawiam się, że kolejna część też minie szybciej, niż bym chciał. Będzie mi tego miejsca zwyczajnie brakować. Jestem trochę introwertyczny, więc fakt, że w promieniu ok. 100–130 km poza nami nie ma tu żywej duszy, bardzo mi pasuje. Mamy kontakt przede wszystkim ze zwierzętami i naturą. Gdybym tu nie przyjechał, raczej nie miałbym okazji przebywać w tak wyjątkowym miejscu i doświadczyć czegoś tak innego, niż to, co było znane mi do tej pory.
Krzesimir: Myślę, że fajne w tej wyprawie jest także to, że można połączyć przyjemne z pożytecznym. Można zdobyć doświadczenie w swoim zawodzie i przy okazji przeżyć przygodę. Albo rozwinąć się zawodowo – i jeszcze do tego być w takim miejscu. To jest super.
Łukasz: Dla mnie przede wszystkim to właśnie miejsce ma swój niepodrabialny urok. Oczywiście kolejne doświadczenie zawodowe też jest wpisane w całą przygodę – poznałem tu kilka technologii, z którymi wcześniej się nie spotkałem, np. dostęp do Internetu jest tu realizowany przez łącza satelitarne. Można też poznać technologie specyficzne dla tych aplikacji, z których Stacja korzysta przez cały rok. Natomiast większość zadań i narzędzi są typowe dla każdej infrastruktury IT – w Polsce, w innej firmie, używałbym tego samego. Dla mnie ciekawe jest także to, że jesteśmy w placówce naukowej, mam więc okazję patrzeć na pracę naukowców, pogadać z nimi i dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Tym bardziej, że pracują tu specjaliści z różnych dziedzin. Wcześniej niektóre tematy zupełnie mnie nie interesowały, ale tu mam z nimi kontakt na co dzień i w sposób zupełnie naturalny dowiaduję się różnych ciekawostek. Czerpię z tej wyprawy pełnymi garściami.

Komu najbardziej potrzebny jest informatyk na wyprawie?
Krzesimir: To może ja powiem, jak wygląda praca informatyka z perspektywy pozostałych uczestników. Jeśli coś nie działa, to trzeba iść do Łukasza. Jeśli coś źle się pokazuje na ekranie – to trzeba iść do Łukasza. Jeśli kamera się zatnie – to trzeba iść do Łukasza 😉
Mówimy nie tylko o kwestii sprzętowej, ale przede wszystkim o monitoringu całej stacji – wszystkie sprzęty, które tu działają, wymagają wsparcia informatycznego. Mamy na Stacji geofizyka, który jest elektronikiem na stacji, ale Łukasz jest dla niego dużą pomocą. Myślę, że to jest kluczowa część pracy informatyka, czyli wsparcie innych w kwestii sprzętowej i panowaniem nad całą infrastrukturą informatyczną. Tym bardziej, że chcąc nie chcąc wszyscy jesteśmy uzależnieni od tego, czy internet działa tu poprawnie. Łącze mamy bardzo szybkie i sprawne, czego wymaga i nasza praca, i kwestia chociażby komunikacji ze światem.
Łukasz: Faktycznie jestem tu na jakimś rodzaju dyżuru, kilka razy zostałem obudzony w nocy, bo zdarzyły się awarie, które wymagały szybkiej interwencji. Tutaj to meteorolodzy przede wszystkim potrzebują sprawnego internetu, to jest dla nich podstawowym warunkiem działania ze względu na konieczność regularnego przesyłania danych. Mamy tu internet satelitarny, z którym nie spotkałem się nigdy wcześniej, a łącza mamy trzy, więc jest zachowana redundancja, dzięki czemu jeśli jedno łącze padnie, to drugie przejmuje jego działanie. Zawodowo jest to dla mnie duży komfort, że redundancje faktycznie działają tu na wielu poziomach i to dzięki temu podejściu często moja reakcja na awarie nie musi być natychmiastowa, bo system sam się reguluje.
Krzesimir: Przepraszam, co to znaczy „redundancja”?
Łukasz: To są po prostu kolejne backupy. W uproszczeniu: jeśli mamy trzy łącza, to kiedy jedno się zepsuje, to kolejne przejmuje jego działanie, czy też przejmuje całość.
Krzesimir: Łukasz czasem używa takich słów, których większość z nas nie rozumie, dlatego czasem trzeba dopytywać, o co mu chodzi.
Łukasz, czy oprócz dyżurowania i tłumaczenia istoty redundancji, Twoje zadania jako informatyka wykraczają poza standardowe obowiązki znane Ci z dotychczasowych doświadczeń zawodowych?
Łukasz: W zasadzie tak. Informatyk, tak jak każdy członek naszej załogi, odbywa dyżury stacyjne, podczas których gotuje i sprząta określoną część stacji, zgodnie z ustalonym harmonogramem dyżurów. Aktualnie jest nas tu dziewięcioro, więc każdy ma dyżur co 9 dni. Poza tym zdarzają się takie sytuacje, że na wyprawę weźmie się czegoś za mało i człowiek jest na przykład zmuszony cerować sobie skarpetki 😉
Czy to jest trudne: mieszkać przez rok z dziewięcioma obcymi osobami i właściwie nikim więcej?
Łukasz: Przez pierwsze kilka miesięcy do października jest nas tu 15 osób, bo jesteśmy razem z ekipą letnią, poza tym widujemy też grupy naukowe. A od października do początku kwietnia jesteśmy sami. Widzimy tylko naszą dziewiątkę. Spędzamy ten czas dość naturalnie, razem jemy śniadania i obiady, spędzamy święta, Sylwestra, dzielimy się pracą, sprzątamy, gadamy, wychodzimy na pomiary. No i siłą rzeczy – dziczejemy.
Krzesimir: Mamy też kontakt ze światem w ramach prowadzonych przez nas w dość dużej liczbie lekcji online. Sporo szkół zgłasza się do nas z prośbą o przeprowadzenie takich zajęć. Angażują się w nie wszyscy uczestnicy wyprawy – siedzimy więc przed kamerką, każdy z nas ma swoją część do poprowadzenia i opowiedzenia. I to też jest formą ucieczki od dziczenia.
Tym bardziej, że zajęcia prowadzimy i dla liceów, i dla podstawówek, i to nas naprawdę zmusza do wysiłku. Młodsze dzieci mają tak dużo energii, że po takim spotkaniu z nimi jesteśmy realnie zmęczeni. Także hałasem, jaki generują, a od którego po prostu odwykliśmy. Zazwyczaj lekcja dzieli się na dwie części. Pierwsza to prezentacja o tym, czym jest stacja, czym się zajmujemy, kim jesteśmy, jakie mamy tu zwierzęta i rośliny, jakie zjawiska przyrodnicze obserwujemy. Druga połowa to luźna rozmowa na żywo, podczas której odpowiadamy na pytania, w międzyczasie dzieciaki szaleją 😉 A pytania są bardzo ciekawe, kreatywne. Potrafią zapytać o pole magnetyczne albo czy mamy lodówkę. I wszystkie te pytania są jak najbardziej uzasadnione.
Udaje Wam się jakoś rozgraniczać życie codzienne i pracę, czy w tych konkretnych warunkach jedno mocno miesza się z drugim?
Łukasz: Jadąc tutaj trochę się obawiałem, że to będzie dziwne – mieszkać i pracować w tym samym miejscu non stop. Ale okazało się, że niestandardowe godziny pracy są dla mnie dużym komfortem. Nie mamy sztywnych godzin pracy, więc wtedy, kiedy mam największą chęć do pracy, pracuję, a w czasie między śniadaniem a obiadem mogę odpocząć i się zdrzemnąć. Z kolei meteorolodzy mają co trzy godziny obowiązek wysyłania synop, więc muszą działać o określonych porach. Ale pozostałe osoby pracują zgodnie z jakimś swoim rytmem – po prostu muszą zrealizować swoje zadania. Siłownia też dużo mi daje – mamy namiastkę czegoś innego i pretekst do ruszania się. Zimą, kiedy jest ciemno, albo zbyt mało śniegu do zjeżdżania na nartach, ruchu nie ma zbyt dużo, dlatego siłownia to rekompensuje.
Krzesimir: Są też momenty stałe – obowiązkowo każdy i każda z nas pojawia się na śniadaniu i na obiedzie. Są do wykonania prace techniczne, które angażują większość ekipy i trzeba wtedy zgrać zespół, żeby coś zrobić razem. A poza tym każdy organizuje sobie czas pracy sam, co dla jednych jest wygodne, a innym dokucza brak rutyny i ciężko im się zmobilizować.
Udało Wam się ostatnio zobaczyć jakieś ciekawe zachowania zwierząt? Z jakimi macie najczęściej do czynienia?
Łukasz: Obserwujemy dużo niedźwiedzi – prowadzimy zeszyt ich obserwacji, bo są przyrodniczo najbardziej atrakcyjne, zachowanie reszty zwierząt nie jest aż tak zaskakujące. Renifery pasą się podobnie jak bydło, lisy żerują na wszystkim, co znajdą. Ptaków teraz nie ma, większość na zimę odleciała. Ale mamy tu system monitoringu, za którego działanie jestem jako informatyk odpowiedzialny. Oglądamy więc często nagrania i trafiliśmy na takiego jednego łobuza.
Krzesimir: Jesteśmy w królestwie niedźwiedzia polarnego i trochę także dla niego część z nas tu przyjeżdża – żeby go zobaczyć. Mamy 22 obserwacje od początku wyprawy, w większości jest to ten sam młody niedźwiedź. Obrał sobie trasę blisko Stacji, z uporem maniaka podbiera nam kanister spod lejka i niszczy wszystko, co znajdzie. Testuje śniegowskazy meteorologiczne. Krótko mówiąc: po prostu się bawi.
Ostatnio byłem z koleżankami meteorolożkami na pomiarach. Trafiliśmy na niedźwiedzia, który szedł w naszą stronę. I nie ukrywam – było trochę strachu. Podszedł do nas na odległość ok. 100 metrów, schowaliśmy się więc w domku przetrwalnikowym, czyli terenowym laboratorium. Tam już byliśmy bezpieczni i zaczęliśmy go odstraszać, minęła więc realna chwila grozy. Z niedźwiedziem nigdy nie wiadomo, czy ruszy na ciebie, czy nie.

Czym się odstrasza takiego niedźwiedzia?
Krzesimir: Paradoksalnie najpierw trzeba się zachowywać dość spokojnie i ostrożnie – mimo że to drapieżnik bez konkurencji w przyrodzie, jest bardzo płochliwy. Więc kiedy się krzyknie, często ucieka. Jeśli nie, mamy inne środki – garnki i pokrywki, które hałasują, kamienie, którymi można rzucać, żeby niedźwiedzia przepłoszyć. Mamy też oczywiście pistolet sygnałowy z amunicją hukową oraz broń ostrą, ale tylko do ochrony życia. Można jej użyć wyłącznie, jeśli niedźwiedź szarżuje i jest blisko. Natomiast nawet w takiej sytuacji wiąże się to z poważnymi konsekwencjami. Norwegowie mają restrykcyjne prawo chroniące niedźwiedzie i badają każdy przypadek ataku. Incydenty tego rodzaju są za każdym razem zgłaszane gubernatorowi Svalbardu, na miejsce wydarzeń przyjeżdża więc prokurator i prowadzone jest śledztwo. To jest drobiazgowa i bardzo uciążliwa procedura. Na szczęście płoszenie niedźwiedzia udawało nam się za każdym razem do tej pory.
A kiedy mieliście ostatnio kontakt z kimś spoza stacji? Poza łobuzującym niedźwiedziem, oczywiście.
Krzesimir: Na początku grudnia mieliśmy wizytę świąteczną z biura gubernatora Svalbardu razem z duchownymi z lokalnego kościoła. Przyjechała więc pani pastor z Longyearbyen, ktoś z miejscowej policji i ksiądz katolicki z Tromsø. Te świąteczne wizyty to jest tutaj tradycja – uczestnicy takiej wycieczki co roku odwiedzają wszystkie ważne punkty na Svalbardzie. A my jesteśmy jednym z obowiązkowych przystanków.
Łukasz: Przygotowaliśmy dla nich wycieczkę po Stacji i okolicy, była msza, zjedliśmy pierogi, wzajemnie obdarzyliśmy się prezentami, to była naprawdę przyjemna wizyta. Przylecieli śmigłowcem, bo teraz zimą to jedyny sposób przemieszczania się – statki mają zakaz, a skuterami śnieżnymi nie da się ze względu na niewystarczającą ilość śniegu. Dla tych ludzi to też fajna odmiana – przylatują gdzieś, gdzie mogą pobyć z innymi ludźmi i zjeść choćby te pierogi, tym bardziej, że w niektórych odwiedzanych miejscach pracują czasem tylko dwie osoby. A my mamy dziewięć, więc od razu robi się jeszcze bardziej świątecznie.
Krzesimir, czy zdarzyło się podczas Twoich pobytów, że trzeba było kogoś ze stacji ewakuować z powodu urazu albo choroby?
Krzesimir: Tak, zdarzyło się latem w trakcie obecnej wyprawy – kolega poważnie przeciął sobie palec piłą i musieliśmy wezwać pomoc. Norwegowie w Longyearbyen mają jednostkę ratunkową, która jest wyposażona w śmigłowce, którymi dostają się do większości miejsc i transportują także z powrotem. Na Stacji mamy dwie osoby przeszkolone z podstawowej opieki medycznej, radzimy sobie sami z lekkimi urazami i chorobami. Na mojej poprzedniej wyprawie informatyk złamał sobie nogę, zjeżdżając na nartach. Służby medyczne zabrały go śmigłowcem do Longyearbyen, ale złamanie było poważne i nie byli w stanie sobie z tym poradzić. Odesłano go na operację do Polski i wrócił dopiero po półtora miesiąca.
Jaki jest Wasz ulubiony element pracy? Co lubicie najbardziej, co sprawia wam największą frajdę?
Krzesimir: Dla mnie osobiście chyba są to lekcje online. Lubię kontakt z ludźmi, a ponieważ jesteśmy tu w odosobnieniu, fajnie jest pogadać z kimś z zewnątrz. Ciekawe są też pytania zadawane przez uczestników, fajne są ich reakcje na to, o czym opowiadamy. Po prostu widać, że dzieciaki są zainteresowane i cieszą się z tych zajęć. Takie lekcje to coś innego niż praca codzienna, która siłą rzeczy jest powtarzalna.
Łukasz: A dla mnie najciekawsze są chyba wszystkie naprawy, których wymagają co jakiś czas używane przez nas sprzęty. Jak coś się zepsuje trzeba pogłówkować, rozebrać, pomierzyć, sprawdzić, co się stało. Takie wyzwania są ciekawe i lubię, kiedy trzeba się nagimnastykować, żeby coś działało. Zwłaszcza, jeśli potem faktycznie działa 😉 Czasami coś się psuje i myślisz, że nie masz żadnych opcji, a potem znajdujesz rozwiązanie i czujesz satysfakcję. Super uczucie. To także pokazuje, że praca tutaj jest dla ludzi, którzy się szybko nie zrażają – ta cecha bardzo się tu przydaje.
Poza tym mamy siłownię na Stacji i ćwiczę tu regularnie – wkręciłem się. W Polsce zawsze trudno mi było zwiększyć masę, bo jestem z natury szczupły, a tutaj po pół roku ważę 9 kilogramów więcej i czuję się bardzo dobrze.
Nudzicie się czasem?
Krzesimir: Każdy zimownik ma swój jednoosobowy pokój, każdy z nich ma ok. 6 m kw., szafę, łóżko, biurko. Kiedy dużo się dzieje, potrzebujemy odpocząć, wtedy po prostu trzeba się ponudzić. To jest ważne tutaj, żeby mieć swobodę i miejsce tylko dla siebie. Ja często potrzebuję w samotności zregenerować swoje społeczne moce.
Łukasz: Ja się nie nudzę. Wymyśliłem sobie mnóstwo zadań, których pewnie do końca wyprawy nie zdążę w całości zrealizować, ale mam bardzo dużo pomysłów i rzeczy do zrobienia. Mamy do dyspozycji drukarkę 3D, stolarnię, warsztat i mogę się nauczyć pracy na różnych maszynach. Czasem żałuję nawet, że nie mam więcej czasu, żeby się tym zająć. Na początku wyprawy bałem się, że zabrałem za mało rzeczy z Polski, że nie będę miał tu nic do robienia po godzinach pracy. Dzisiaj widzę już, że to były kompletnie nieuzasadnione obawy 😉
Spodziewacie się już, jak będzie wyglądał za pół roku powrót do poprzedniego życia w Polsce?
Łukasz: Ja się trochę boję powrotu. Krzesimir ma to już sobą, więc wie lepiej, co go czeka.
Krzesimir: Tak i nie ukrywam, że powrót do cywilizacji po wyprawie jest trudny. Mimo tego, że mam kilka cech ekstrawertyka i lubię pracę z ludźmi, to jest to bardzo ciężkie i wymaga dość długiego czasu.
Najlepszy powrót po wyprawie to taki, kiedy można funkcjonować w miejscu, w którym jest jak najciszej i możliwie dziko. Czyli zapewnić sobie warunki podobne do tych, które panują tutaj. To jest moja druga całoroczna wyprawa i trzeci pobyt w Arktyce. Pierwszy raz byłem jako uczestnik 46. wyprawy całorocznej, wróciłem z niej w czerwcu 2024 roku. Kolejny raz przyjechałem na dwa tygodnie w ramach projektu naukowego. I znów w czerwcu 2025 wróciłem na kolejną wyprawę całoroczną. Po powrocie Arktyka będzie miejscem, w którym spędziłem więcej czasu, niż gdziekolwiek indziej na świecie.
Panowie, dziękujemy Wam za rozmowę i na koniec życzymy Wam bezbolesnego lądowania w Polsce po powrocie. No i żeby udało się w tym roku pojeździć jeszcze na nartach.
